środa, 2 listopada 2011

Domy sławnych ludzi

Tą kolekcję chciałem stworzyć już dawno, jest to kolekcja moich zdjęć budynków, w których mieszkały wybitne osobistości:



Dom Mozarta w Salzburgu (2003)



Dom Benjamina Franklina w Londynie (2009)



Dom Haendla w Londynie (2009)



Dom Talleyranda w Londynie (2009)


Dom Samuela Johnsona w Londynie (2009)



Dom rodu de Soubise w Paryżu (2010)



Dom Goethego w Weimarze (2002)


Dom Goethego we Frankfurcie nad Menem (2007)


Palazzo Marcello w Wenecji (2003); dom rodu Marcello w tym 3 kompozytorów barokowych Alessandro i Benedetto Marcello.

Dom Wagnera w Bayreuth (1997)




Dom Wagnera w Wenecji (2003)



Dom Maty Hari w Paryżu (2001)

Moja niedojrzała wycieczka do NY

Byłem w Nowym Jorku jako nastolatek, interesujący się głównie biologią i paleontologią, zwł. dinozaurami. Dziękuję do dziś mojemu tacie, że zaciągnął mnie też do Metropolitan Museum i innych "humanistycznych" miejsc, bo pewnie poprzestałbym na zwiedzaniu Natural History Museum, oceanarium i zoo w Bronxie...:)




Colonial Williamsburg - miasto XVIII-wieczne w mieście XXI-wiecznym




Colonial Williamsburg to historyczna dzielnica miasta Williamsburg w Wirginii, jedno z miejsc, które bardzo chciałbym odwiedzić. Składa się głównie z budynków zbudowanych w latach 1699-1780. W Colonial Williamsburg można zobaczyć jak wyglądały początki USA i poczuć się jak  Jefferson na spacerze.

http://www.history.org/
http://www.colonialwilliamsburg.com/visit/

Dowcip o podróżach, wrażeniach z nich i kobietach



Według badań seksuologów i psychologów z British Imperial Institute of Feminine Psychology, prof. Jonathana Daviesa i Archibalda Stantona, kobiety nie cenia, wbrew rozpowszechnionym mniemaniom, mężczyzn wrażliwych , którzy wysłuchają, przytulą i pocieszą. największe szanse ma u nich śmiały i nieprzewidywalny wędrowiec, który znienacka porwie je do afryki, po czym po całodziennej ucieczce prze rozwścieczonym nosorożcem, spędza romantyczna noc na baobabie.

Francja - potęga regionalna

W Polsce lubimy dowcipkować sobie z rzekomo minionej potęgi Francji, ale czy słusznie? Wprawdzie Europa nie mówi już po francusku, jak w XVIII i XIX wieku, kiedy nawet Prinz Eugen von Savoyen i John Churchiil, ks. Marlborough (Blennheim - 1704) czy gen. Kutuzow i Weirother (Austerlitz - 1805) po francusku radzili jak zwalczać francuzów, lecz Francja nadal w jakimś senie jest mocarstwem nadal. Wymienię teraz argumenty i spostrzeżenia, które by tą tezę potwierdzały.



Lubimy się porównywać do Francji. Francuzów jest 60 milionów, nas - niemal 40 - niby różnica nieduża, nawet Sarkozy mówił, ze "tak jak Francja jesteście dużym narodem...wiec powinniście chcieć takiego a takiego systemu przeliczania głosów w EU" - pięknie nas podbudował monsieur Sarkozy! A przecież populacja ma się nijak do siły narodu. Konstatacja banalna, ale warto ja przypomnieć. Pytanie brzmi wiec, o ile jesteśmy słabsi od Republiki Francuskiej? Odpowiedź brzmi - dwunastokrotnie! Ponieważ budżet RF jest właśnie 12 razy większy niż budżet RP. Pamiętam za zajęć z dr. Igorem Kraszewskim (UAM), kiedy jeszcze byłem studentem, że budżet RP w 1700 roku równał się mniej więcej 7%-tom budżetu jakim dysponował Ludwik XIV, a więc - nihil novi.

Ale to porównanie Polska-Francja jest dla Francji zbyt łatwe i przewidywalne. A teraz może porównanie z USA? USA zresztą istnieje dzięki pomocy Francji (1778), bez której Brytyjczycy zgnietliby kolonialną bandę farmerów. Armia USA to ok. 1,3 miliona ludzi, Francji 700.000 ludzi. Niewielka różnica prawda? Brytania ma 430 tys żołnierzy, a RFN to już śmieszne 240 tys. Do tego francuska armia jest po brytyjskiej najlepiej uzbrojoną w UE. No i te 270 bomb atomowych i to uzyskanych nie z łaski USA tylko dzięki własnym badaniom.

Francja wygrała, w przeciwieństwie do nas II wojnę światową. Były: Bir-Hakeim i wjazd gen Leclerca do Paryża. Było udane paryskie powstanie. Nie było okupacji ZSRR. Wojna wygrana! Francja mogła uprawiać po wojnie politykę balansowania miedzy ZSRR a USA, na co Brytania nie mogła sobie pozwolić, nawet gdyby chciała.



Francja jest samowystarczalna żywieniowo; dobry i zróżnicowany klimat; i wino i alzacka pieczeń, a dodatkowo egzotyka posiadłości zamorskich.

Francja jest samowystarczalna kulturowo; ma własne kino, sztukę, kompozytorów, architektów, malarzy, którzy jako jedyni w całej właściwie Europie nie małpują Amerykanów.

Jest to kraj pogodzony ze swą historią. Koniec z XIX-wiecznymi tyradami ku czci Robespierre'a i wyśmiewaniem wersalskiej rozpusty - można pisać i pro i anty-rewolucyjnie.

Biurokracja? Socjał? Oczywiście! ale teraz nawet Obama gra w te gierki, wiec...
a na koniec - emigranci to żadne zagrożenie; elitę będą tworzyć biali z Azjatami i częścią Afroamerykanów, a bruki szorować reszta Afroamerykanów i muzułmanie. Afroamerykanie i Azjaci wyraźnie przejmują francuski sposób bycia, więc nie widzę problemu.

Tak więc trochę więcej szacunku dla kraju Ludwika XIV i de Gaulle'a...

Światowa metropolia. Życie codzienne w osiemnastowiecznym Londynie


Może zainteresuje Państwa moja książka o osiemnastowiecznym Londynie, powstała pod wrażeniem mojej wizyty w XXI-wiecznym Londynie (wrzesień 2009 r.).

Londyn w XVIII wieku był największym miastem na świecie, stolicą potęgi kolonialnej, liberalizmu, wolnej prasy, wyzwolonych artystów, znakomitej muzyki i światowych finansów. Był jednak również siedliskiem występku, prostytucji i ksenofobii.

Książka ma na celu ukazanie nie tylko świata osiemnastowiecznych arystokratów i artystów, lecz również mieszkających w brytyjskiej metropolii cudzoziemców, turystów oraz biedaków. W mieście panowały zbyt wielkie kontrasty, aby nazywać go pięknym, jednakże było na tyle wspaniałe, by stać się przedmiotem zachwytu całej ówczesnej Europy. Jak mawiał pisarz tamtych czasów, Samuel Johnson: „Być znudzonym Londynem, to być znudzonym życiem, Londyn zawiera bowiem wszystko,
co życie może ofiarować”.

http://zaczytani.pl/ksiazka/swiatowa_metropolia_zycie_codzienne_w,druk 

Brytyjski luz versus francuska biurokracja



Choć jestem germanofilem w szerszym kontekście (tj. z germanów najbardziej lubię Anglików i Holendrów:), lubię też Francję i podziwiam jej kulturę; Moliera, Voltaire'a, Rameau, Dumasa(ów) itd. Wszystko to wspaniałe, ale jednej rzeczy u nich nie trawię - ich ducha biurokratycznego.

Podczas obecnego mojego pobytu w Paryżu natknąłem się na owego ducha kilkukrotnie. Wczoraj przyszedłem do Opery Garnier i chciałem - ni mniej ni więcej - tylko zrobić zdjęcie 4 statuom przedstawiających kompozytorów (Rameau, Lully, Gluck i Haendel), stojącym w hallu. Okazuje się, że już nie można do tego hallu wejść normalnie, tylko trzeba kupić bilet na zwiedzanie wnętrz opery - jakby to był co najmniej Versailles - a to młodziuchna XIX wieczna budowla! Poza tymi statuami to nie ma co oglądać - wszystko jak w operze np. poznańskiej, czy wiedeńskiej, do których można wejść normalnie - wiem bo kiedyś zwiedziłem Opera Garnier bez biletu - kilka lat temu Paryżanom nie odbiło jeszcze do końca...
Tym razem do opery wszedłem przez sklep opery, gdzie kupiłem książeczkę o moim ulubionym Rameau, a stamtąd widziałem już upragnione rzeźby i mogłem im zrobić zdjęcie, jednak stałem zbyt daleko od nich by ujęcie było skuteczne, wiec chciałem postąpić kilka kroków do przodu, co okazało się impossible, bo w ten sposób wychodziłem z przestrzeni sklepowej. Na granicy siedziała cerberka i polowała na takich jak ja. Chciałem grzecznie kupić bilet i obszedłem cały budynek by skorzystać z "właściwego" wejścia - ale tam okazało się, ze muszę czekać z tymi, którzy kupują bilety na spektakle czyli ujrzałem przerażającą Warteschlange - wkurzyłem się i zrezygnowałem z całej operacji.

Najgorsza jest niechęć Francuzów do maciupeńkiego (przepuścić mnie 3 metry poza przestrzeń sklepową na kilka sekund pod kontrolą cerberki) naciągnięcia reguł. Czy to jest kraj wolności? Nie są oni w ogóle nastawieni na pomoc drugiemu. Coś co wykracza poza utarte reguły wywołuje zdziwienie. Przedstawiciel prawdziwego narodu wolności - pewien Anglik zapędził się w te rejony co i ja chciałem i został zawrócony okrzykami francuskiej cerberki; ze nie wolno tamtędy, a on na to:
-why not?
Ja na to: - it's a good question!
on: - it's always good question!

Opowiedziałem mu o mojej prośbie i frustracjach (byłem juz po lekkim nagadaniu cerberce, że: "wy Francuzi jesteście straszliwie biurokratyczni" - wyprowadzić mnie z równowagi jest dość ciężko, ale im się udało), po czym jego partnerka (żona lub przyjaciółka) - nota bene Francuzka, zaczęła mi i pośrednio także niemu tłumaczyć, że "nie, bo to trzeba tak i tak, tam jest drugie wejście itd..."
on na to do mnie: well, It's the french way
ja: yes, very french...
ona (francuska towarzyszka Anglika): pffff
Właśnie wolność dla Francuzów (La pays de la liberte - koń by się uśmiał) to: pfffff. Oni nawet już tego nie rozumieją, że nie trzeba się wszędzie ustawiać, numerować, czekać i dostosowywać do reguł. Tylko Anglik mnie zrozumiał - i to w lot!

It's always good question czemu nie wolno tego, czy tamtego, co nikomu nie szkodzi, a mnie pomóc może - tak mówi naród wolny, a jak pomyślę, ze Brytyjczycy nie mają dowodów osobistych, to wręcz kocham ten naród! Dla Anglików wolność to konkretne swobody, dla Francuzów - ujadanie na Ludwika XVI, choć za jego czasów nawet kanapki sprzedawano na sali operowej i w ogóle był większy luz.

To samo w BNF czyli narodowej bibliotece Francji. 2 i pół godziny czekania by dostać kartę wstępu dla researchera i potem rozmowa z przedstawicielem BNF. W analogicznej rozmowie w Londynie z przedstawicielem British Library (czekałem 10 minut) we wrześniu ubiegłego roku, Anglik wczuł się w moją sytuację i dał mi rady z czego jako historyk mogę skorzystać, gdzie są manuskrypty, gdzie mikrofilmy a gdzie opracowania. Francuz teraz skupił się na ustaleniu mojej tożsamości i dał mi kilka rad, które były raczej bez wartości. problemem nie była bariera językowa, bo gadałem z nim po francusku (on, jak sam mówił: "very few english", czyli: parlait tres peau anglais), lecz umysłowa - nastawienie na kontrolę, nie na pomoc jednostce.

W BNF, inaczej niż w BL, trzeba rezerwować miejsce na dany dzień, co wyklucza jakąkolwiek elastycznosć pracy i planowania dnia. Jak raz dostałem jeden mikrofilm, to okazało się, że muszę dostać miejsce przy odpowiedniej maszynie, a co za tym idzie - nie dostać już normalnego, tylko po zakończeniu korzystania z mikrofilmowej maszyny, zgłosić zakończenie korzystania i otrzymać normalne miejsce. Bibliotekarz, który załatwił mi miejsce przy maszynie mikrofilmowej nie wiedział, ze mnie do niej nie wpuszczą z książkami, bo tych nie można wynosić poza... blablabla. Musiałem chwilowo oddać książki by pójść 10 metrów dalej z mikrofilmem - znowu to co w operze! A właściwie to było wcześniej chronologicznie o kilka dni. Znowu; reguły i utrudnienia. Teraz wiem, ze najlepiej o nic nie pytać, to nikt ci nie zwróci uwagi. Ale naiwnie pamiętałem z Anglii, ze bibliotekarze są empatyczni. Ci - mniej.

To nie koniec utrudnień, których BL i Anglia nie znają. Dodatkowo sprawa muzeów. Zwykle nie daję się nabrać na chwyty reklamowe, ale tu raz postanowiłem skorzystać, że muzea państwowe, w pierwszą niedzielę miesiąca są darmowe, ale akurat Musee de L'Armee w Hotel des Invalides - nie - myślałem, że ich kopnę w tyłek! Co miałem robić kupiłem bilet i tyle. Ale sama zasada, jest znów symptomatyczna. Muzea są odpłatne (w Londynie wszystkie państwowe muzea są darmowe z wyj. Mme Tussauds, dzięki pani Thatcher) to niech już będą i koniec, bez takich ochłapów dla ludu!

W Paryżu ludzie są generalnie mili, mówią po angielsku często lepiej niż w Polsce i lubią turystów (stereotypy ne fonctionnent pas en ce cas), ale duch kontroli ciągle gdzieś się czai. Czuję się tu jednak czasem (mimo znajomości francuszczyzny) brytyjskim turystą w obcym mieście...